Bo nigdy nie wiesz…

Jest sobotnie popołudnie. Po całym dniu krążenia po halach MusikMesse czas pomału zacząć myśleć o powrocie do domu.
Muzyczne targi potrafią być wyczerpujące! Przelewające się morze ludzi, miliony przeszywających eter rozmaitych dźwięków, brzmień, brzdąknięć, dziesiątki toczących się jednocześnie rozmów.
W drodze na lotnisko zahaczam o moją ulubioną miejscówkę w centrum Frankfurtu. Saravanaa Bhavan, bo o niej mowa, to indyjska restauracja serwująca dania cruelty free. Chyba trafiam na godziny “jedzeniowego” szczytu, bo ku memu zdumieniu kolejka oczekujących na porcję świeżego dhalu z ryżem bądź gigantycznych rozmiarów masala doszy, zawija dopiero na zewnątrz budynku!

Pewien jegomość z tejże kolejki uprzejmie nakreśla mi obraz tej przedziwnej sytuacji i radzi, abym wszedł do środka i zapisał się na listę oczekujących, lub jeśli nie muszę jeść w lokalu, zamówił sobie coś na wynos. Idąc za radą tego życzliwego człowieka skierowałem swe kroki do środka. Po drodze mijałem szczelnie “upchane” stoliki, przy których już odbywała się radosna konsumpcja, albo dopiero jej oczekiwano.
Przechodząc dalej, gdzieś po środku sali dostrzegłem stolik, przy którym siedziała tylko jedna osoba. Stolik z miejscem na 3 osoby, więc albo jej towarzysze są gdzieś blisko i zaraz do niej dołączą, albo…
“Hello! Are you waiting for someone or is this seat free? May I join and eat with you?”
Kilka prostych słów, wymiana uśmiechów i zamiast czekać na swój zestaw na wynos, siedzę z mieszkanką Singapuru przy jednym stoliku, dzieląc z nią nie tylko przestrzeń lokalu, ale przede wszystkim niezwykłe doświadczenia.
W międzyczasie kelnerzy przynoszą nasze zamówienia, a my wymieniamy się swoimi życiowymi spostrzeżeniami. Dowiaduję się m.in. o celu jej wizyty w Niemczech, o jej fascynacji Europą, ale również o specyfice pracy w Singapurze oraz działaniach ichniejszego rządu, nazbyt przypominających te z naszego podwórka.
Rozmawiamy również o celu mojej wizyty w mieście Frankfurt. Opowiadam jej o ukulele i o tym jak los zetknął mnie z tym niepozornym instrumentem, sprawiając że życie potoczyło się torami, o jakich nawet jeszcze kilkanaście lat temu bym nie śnił.
Opowiadałem jej o sklepie oraz całym projekcie pod nazwą Przyjazne Ukulele. Zapisałem jej nawet adres strony i miejsca, w których może znaleźć co nieco w temacie naszej działalności.
Zjedliśmy co było do zjedzenia. Szczęśliwi i wdzięczni za to niespodziewane i bardzo inspirujące spotkanie, rozeszliśmy się, każde w swoją stronę…
Bo nigdy nie wiesz…
I teraz dochodzimy do znaczenia tytułu owej notatki…
Dosłownie kilka dni temu, na Instagramowym profilu PrzyjazneUkulele dostałem wiadomość.
Przeczytałem ją raz, przeczytałem drugi, a zaraz potem przeczytałem ją po raz trzeci – tym razem na głos, tak aby również Ania mogła usłyszeć i poczuć nieco ukulelowej magii…
… a którą Ty, możesz poniżej przeczytać w oryginale